wyjazd Wałcz-----Hel

Zdjęcia z Rajdu Rajd

Grupą chętnych członków Wałeckiego Klubu Turystyki Rowerowej postanowiliśmy zorganizować wycieczkę rowerową z Wałcza na Hel. Pierwsze plany obejmowały trasę od Świnoujścia, wzdłuż morza, na sam Hel. Kilka osób jednak zaprotestowało, bojąc się 140km dziennych etapów. Uzgodniliśmy więc, że chętne osoby przejadą rowerami pierwszy odcinek - z Wałcza do Ustronia Morskiego - gdzie planowaliśmy nocleg, a reszta dojedzie wieczorem busem, w którym znajdowały się nasze bagaże i prowiant. Busem zgodzili się kierować nasi klubowi koledzy – Ewa i Jurek.

Etap I - z Wałcza do Ustronia wyniósł 165km. Założyliśmy, że będziemy unikać dróg o wysokim natężeniu

ruchu, szczególnie dróg krajowych. Wyszukiwaliśmy ścieżek rowerowych, dróg leśnych lub trzeciej kategorii. Przy tylu kilometrach jednak jazda drogami leśnymi dawała się we znaki, szosą było wygodniej i szybciej, pomimo że wszyscy posiadamy rowery górskie MTB na oponach typowo terenowych. Takimi drogami dojechaliśmy do Złocieńca, a stamtąd do Połczyna Zdrój, gdzie poprowadzona jest piękna ścieżka rowerowa w miejscu starego toru kolejowego. Jechało się szybko i wesoło, w czasie jazdy spokojnie sobie rozmawiać a średnia prędkość wynosiła około 25km/h. Co jakiś czas mijaliśmy parkingi przeznaczone na postój dla kolarzy oraz ciekawie urządzone stacje kolejowe przerobione na mieszkania. Ścieżki rowerowe porządnie oznakowane i równe. Wąskim i gładkim asfaltem jedzie się bardzo przyjemnie.

Z Połczyna przejechaliśmy kilka kilometrów DK nr 163 i znowu wróciliśmy na drogi 3 kategorii. Ruch samochodowy praktycznie się tam nie odbywał. Tak dotarliśmy do Białogardu a stamtąd bez żadnego postoju przejechaliśmy do Karlina. Z Karlina w kierunku Kołobrzegu 10km po ścieżce rowerowej i ponownie bocznymi drogami do Ustronia Morskiego.

Etap II -  Ustronie Morskie – Nacmierz koło Jarosławca, teoretycznie miał mieć 85km a w praktyce wyszło 94. Początek to ciekawe dróżki przez Gąski, Chłopy i Łazy. Z kolei z Łaz do Dąbek jest ścieżka rowerowa, która praktycznie nie istnieje. Wpadliśmy w mokradła, z których się musieliśmy ewakuować popychając rowery. Trzeba było objechać jezioro Bukowo dookoła. Później już zawsze podobnymi drogami gdzie na mapie jest tylko ścieżka. I tutaj duże zaskoczenie. Przed sezonem turystów w nadmorskich miejscowościach było bardzo mało, a tubylców chyba jeszcze mniej. Nawet w sklepach pracują przyjezdni. Często pytaliśmy ich o drogę, Ci jednak rzadko się orientowali J Polecamy wszystkim agroturystyczne gospodarstwa, jednak nie te położone bardzo blisko morza.  Wystarczy kilka lub kilkanaście km od morza a już cena za osobę w pokoju spada z 60 lub 100zł do 20 lub 25 zł. Do tego takie agroturystyczne gospodarstwo zawsze jest wyposażone w jakiś warsztacik i narzędzia. Na plus oczywiście przemiła obsługa i rodzinna atmosfera. W Nacmierzu, synowie gospodarzy sami zaoferowali się do pomocy przy niesieniu bagaży. Z sam gospodarz razem z naszym niezastąpionym klubowiczem Karolem zrobili mały serwis wszystkich naszych rowerów. Gorąco polecamy ten ośrodek – nosi nazwę „Adasiowo”. Pokoje czyste, z łazienkami. Na dworze duża kuchnia, w pełni wyposażona. Gospodyni sprzedała nam jaja od swojskich kur.

Etap III - Nacmierz – Nowęcin, koło Łeby. Znowu miało być 94 a okazało się, że musieliśmy omijać poligon, potem jakieś zygzaki i wyszło 115km. Do tego złapała nas burza i spędziliśmy godzinę na placu zabaw w domku czarownicy. Co poniektórzy byli już zmęczeni i trochę oberwało się Mirkowi, że dołożył nam te km. Niestety nie zawsze da się wszystko idealnie zaplanować, trzeba brać poprawkę na różne przeszkody naturalne, nienaturalne, awarie. Około 8-10 razy naprawialiśmy koła i dętki. W Nowęcinie też nocowaliśmy w ośrodku agroturystycznym. Poza sezonem przy noclegu większej grupy naprawdę warto się targować. Gospodarz, który w lecie sprzedaje łóżko za 50zł za noc teraz zadowolił się 25. Fakt, że proponował większą stawkę ale Mirek krótko stwierdził, że inna była rozmowa przez telefon i jeżeli nie przystanie na niższą stawkę to dookoła jest mnóstwo innych gospodarstw. No i było po targach.

Etap IV – Łeba – Hel, obył się już bez niespodzianek jeżeli chodzi o kilometry, ale za to było trochę podjazdów (zjazdów także J).  Wszyscy byli porządnie rozkręceni i to co na początku było wyzwaniem teraz okazało się drobnostką. Po prostu zrzucało się przerzutki na niższe i pod górę. Za to z góry prędkość rosła do ponad 50km/h, pęd wiatru był niesamowity. Dziewczyny nawet się kładły na kierownicy by przyśpieszyć zmniejszając opór powietrza. Prowadziłem przez dłuższy czas ten peleton i zauważyłem, że coraz częściej następowało zjawisko „jazdy na kole”. Ja sam zaś jak czułem zmęczenie prosiłem by ktoś inny prowadził i było zdecydowanie łatwiej. Palce oczywiście non stop na klamkach hamulcowych, bo o wypadek przy jeździe na kole jest bardzo łatwe.  Po drodze na Hel była Jastrzębia Góra. Od tego miejsc, dość wysoko położonego, na Hel było już sporo turystów i natężony ruch.  Szczególnie na ścieżce rowerowej od Władysławowa na Hel, pomimo że jest dwupasmowa. Byliśmy świadkami kilku zderzeń. Ścieżka ta ma 32km i jest w fatalnym stanie. Może to i dobrze, bo przynajmniej uczestnicy ruchu nie rozwijali zawrotnych prędkości.

Hel to wspaniałe miejsce na mapie Polski godne odwiedzenia. Spacer na koniec mierzei po kładce to rewelacyjne przeżycie. Takie małe spostrzeżenie – na pewno wycieczka ta nie była byłaby takim osiągnięciem, tym bardziej że pokonaliśmy trasę o własnych siłach a większość z nas to osoby przeważnie po pięćdziesiąte, lub tak jak Mirek I Irenka po sześćdziesiątce, którzy dali sobie rade i jeszcze mieli ten fason i siłę. To było wyzwanie a my je wykonaliśmy. Autem może każdy, rowerem garstka a w naszym wieku mniejsza garstka J

Etap V -  Hel miał być naszym celem ostatecznym, ale przecież była niedziela rano i jeszcze sił pozostawało nam dużo. Kilka osób wybrało się tramwajem wodnym za kwotę 30zł z Helu do Gdyni. A Ci z niespożytą energią, czyli niezmordowana Danusia, Marek, Karol, Mirek i 18-letnia Agnieszka pokonali tą trasę na rowerach. Powiem Wam, pełen szacun. Z Helu do Gdyni jechali bez zatrzymywania się i dopiero w Gdyni zatrzymali się na obiad. Marek powiedział, że ten ostatni odcinek to była wisienka na torcie. Średnia ponad 25km/h i wszyscy kręcili wzorowo. Podziwiać przy tym trzeba weterana maratonów Mirka (przebiegł ich ponad 400) i naszą Agnieszkę, która jeszcze nigdy w życiu nie przejechała 100km w jeden dzień a tu takich dni było kilka. Zdarzało się, że nawet po przyjeździe na miejsce noclegowe Agnieszka robiła sobie jeszcze krótkie wycieczki. Młodzież ma dużo siły, ale najczęściej się nad sobą użalają, czego u Agnieszki nie ma. Ból to tylko stan przejściowy. Później jest satysfakcja, której po wyjeździe doświadczyliśmy wszyscy.

Było nas 13 osób. Każde z nas będzie miało z tego wyjazdu piękne wspomnienia. Ja wiem że to nieostatni jeszcze nasz wyjazd. Jest tyle inny pięknych i nieodkrytych miejsc w Polsce.